Dew
04/09/2025 - 13/09/2025
Arman Galstyan
Ledwo otwiera jedno oko i już wie, że trzeba będzie uważać. Czasami ma wrażenie, że wstawanie lewą nogą to jego specjalność. Szybki prysznic. Nie wstydzi się własnego futra. Po prostu nie lubi czyścić odpływu. Działa szybko i metodycznie. Żadnych medytacyjnych kąpieli. W kuchni zapach jajek. Jeszcze w domu można być sobą, chociaż i tu nie do końca wiadomo, co to znaczy. Szyby, kotary, zasłony, gęstwina liści – to przesłony, przez które świat można oglądać bez pełnego uczestnictwa. Tworzą przestrzenie, niezmapowane jeszcze spojrzeniem, oferujące neutralność.
Miasto już nie jest takie gościnne. Poruszanie się komunikacją publiczną to zgroza – zagarnia całą przestrzeń. Tak się przynajmniej czuje. Ludzie rozszczepiają się na tych, co świdrują go wzrokiem, i tych, co patrzą wszędzie indziej, byle nie na niego. Potem następuje klasyfikacja: może egzotyka, może podejrzany, może problem. Cały żart polega na tym, że nikt nie wie, co właściwie z nim zrobić. On też nie wie, co zrobić z nimi. Gapić się z powrotem? Próbował. Nie poleca. Dla świętego spokoju bierze taksówkę.
Dociera do pracowni. Tu wszystko działa według znanych mu reguł. Maluje nie o przynależności do jakiejś kultury, ale o nieustannym poczuciu wyobcowania, jakiego doświadcza w Polsce, gdzie fizjonomia nie pozwala mu wtopić się w tłum. Rok temu tak właśnie narodził się Wilkołek – zdrobniałe określenie istoty wyglądającej inaczej i budzącej zgrozę. Tak łatwiej było mierzyć się z własnym pochodzeniem i przepracować stosunek do dziedzictwa ormiańskiego, do kraju, którego nigdy nie odwiedził, a który nosi choćby w nazwisku.
Góra Ararat, gdzie ponoć osiadła biblijna arka, to jedno z tych miejsc, które zna tylko z relacji rodziny, zdjęć, znaczków i etykietek. Ten symbol Armenii widoczny jest ze stolicy – Erywania – ale niedostępny, bo znajduje się po tureckiej stronie. Świętość za płotem. Z Araratem związane są opowieści, że „tam wszystko się zaczęło”. On i jego rodzina zaczynali gdzie indziej – w pociągu, na dworcu, w urzędzie, w Polsce. Czasami myśli o tym potopie – że z drewnianego brzuszyska wyszło wszystko, co miało przetrwać. Także stworzenia dziwne, nienazwane, może zmyślone. Być może również takie, które nie do końca powinny się tam znaleźć, ale się wcisnęły. Także on.
Z legend ormiańskich, o których nie miał pojęcia, wynika, że wilczej skóry nie przyoblekał jako pierwszy, a sam wilk w tej kulturze powraca wielokrotnie. W jednej z opowieści młoda kobieta, zafascynowana delikatnością ciała przyjezdnego gościa, nocą zakłada wilczą skórę i próbuje go pożreć. Jednak raniona sztyletem ginie, a mleko tryskające z jej piersi ma uformować Drogę Mleczną. W tym uniwersum pojawiają się także Aralezowie – skrzydlate, psie duchy, które liżą rany poległych bohaterów, by przywrócić im życie. Z kolei tytułowy dew bywa zarówno złym duchem, jak i opiekunem – wilkiem strzegącym świata przed siłami zła, ale też dziką istotą siejącą chaos. W jednej z legend to właśnie wilki ratują świat przed duchami, które mogłyby go zniszczyć – zjadają je. Ale raz w roku role się odwracają: każdy demon pożera jednego wilka, co utrzymuje chwiejny porządek¹.
Czasami wraca do domu, zdejmuje wilczą skórę i zostawia ją na wieszaku. Wtedy już nie martwi go pełnia. Nie patrzy w niebo. Coraz częściej śni o zachodzie – nie słońca, lecz mitycznej ziemi w Europie, gdzie łatwiej jest się zaaklimatyzować i wtopić w tłum. Ale czasem, kiedy nie może zasnąć, mleko, które miało być mitem, zbiera mu się na podniebieniu i wszystko wydaje się znajome i na miejscu.
¹ Andrzej M. Kempiński, Encyklopedia mitologii ludów indoeuropejskich, Warszawa 2001.
kuratorka: Katarzyna Piskorz